|
W tym miejscu wypada powiedzieć więcej o Kwiecistej, bo dalsze wydarzenia, spowodowały wielkie zamieszanie w całej okolicy… Kwiecista to klasyczna polska ulicówka, z jednym zakrętem… Kościół, wraz z przyszłą dzwonnicą, położony jest na wzgórzu. To jest centrum a zarazem jeden kraniec wsi, ze sklepem spożywczym, szkołą, do której uczęszcza Jędrek, gospodą u Pieczki i remizą kwiecistych strażaków, tych, co zamiast porządkiem, zajęli się ostatnio napadem z użyciem cegły… Tam, na wzgórzu jest plac, stamtąd ulica i wieś opada dosyć stromo w dół, aż do ostrego zakrętu przed gospodarstwem Andrysa, ostatnią chałupą w Kwiecistej, jej drugim krańcem, jakby kontrapunktem kościoła, granicą ogródków, kwitnących jabłoni i grusz, i domków wśród nich położonych. Dalej, za zakrętem, wyboista droga umyka w stronę lasu Gniazd, łąk i sinych mokradeł na odległym, szczawiowym horyzoncie. Tam pobiegła Akasia… Na drogę, przy rozkopanym rowie, gdzie jeszcze niedawno tkwiła betoniarka wracał spokój. Francik Trómbała odjechał zetorem, zabrał do kabiny kilku chłopów, reszta zbiegowiska rozchodziła się powoli dyskutując o wypadku. Dzieci rozbiegły się, a ciotka poszła do obiadu. Pozostałem na placu z Andrysem. — Dobra nasza. Teraz trzeba będzie elegancko beton rozplantować, ale wpierw pójdźmy do Pieczki… I do proboszcza. Sprawę wypada obgadać. — Pomyśl wuju – ruszyliśmy spacerkiem pod górkę – jak to się nieźle złożyło, że Akaśce jabłko rzuciłem. Gdyby się nie zadławiła i gdybyś ją łopatą przez grzbiet nie zdzielił, nie miałbyś betonu – ucieszony chciałem zaznaczyć swój udział. — Nie mów hop, zanim krowa nie wróci. Kto wie, co tam nawyprawiała? – i rzeczywiście uwagę wygłosiłem przed czasem, bo jak grom z jasnego nieba, spadł na nas krzyk Pelagii. — Gore! Andrys! Goree!! – spojrzałem za siebie. Spod strzechy stodoły wypełzł kłąb białego dymu. Rozwiał się, lecz wkrótce wychynął następny… — Kruca, gore! Leć do strażnicy. Górka przede mną była krótka, ale stroma. Zanim dobiegłem do placu, syrena już zawyła. To dowódca strażaków Miro Bosak wszczął alarm. Dostrzegł pożar spod gospody, gdy przypadkowo rzucił fachowym okiem na wieś. Natychmiast pojawili się pozostali strażacy: Jano w biegu zapinał portki, a Zeno już otwierał drzwi garażu, wewnątrz którego stał kwiecisty, strażacki wóz bojowy marki Żuk. Ładny, czerwony, z drabiną na dachu. Niestety podniesiona maska sugerowała jakąś niesprawność. — Kaj sie poli? — U Andrysa – odkrzyknął Janowi Miro zamykając maskę żuka. — Silnik naprawiłeś? Zapuści? — Jeszcze ni, kurwa jego mać! Ale dómy rady! Na popych go ze strażnice, a dalij z górki! Do Andrysa je prosto dróga, dojadymy. Gibko, ruszej sie! – Miro wskoczył za kierownicę – i razym… Pomogłem strażakom wypchnąć pojazd z garażu, a kiedy zaczął sam się toczyć, wskoczyłem za Janem i Zenem na pakę. Żuk rozpędzał się, coś okropnie klekotało w podwoziu. Z każdą sekundą coraz wyraźniej widać było płonącą stodołę wraz z chmurą dymu ponad jej dachem. — Tyś od Andrysa? – rzucił przez ramię Miro – jako sie zapoliło? — Nie wiem… Musieliśmy rozładować betoniarkę, co wpadła do rowu, bo krowa się zadławiła… - próbowałem wykrzyczeć, ale łomoty w podwoziu zagłuszały słowa. Złapałem się ławki, bo czułem, że wóz bojowy przekroczył już bezpieczną prędkość… — Co? Jako krowa? – Miro wdepnął pedał hamulca – kurwa! Co je grane?! – szarpnął za uchwyt ręcznego, na skronie wypłynęły mu krople potu. – Hamulce sie zjebały! W tym momencie droga kończyła się zakrętem, wprost nas stała otworem brama na podwórze Andrysa, gdzie oczywiście znowu było zbiegowisko. Miro zdążył tylko wcisnąć klakson, by ostrzec ludzi i krzyknął – trzymać sie! – bo w bramie na całej jej szerokości była hopla znacznie wystająca ponad poziom placu. Przeskoczyliśmy ją z takim impetem, że drabina spadła z dachu, a nami w środku tak rzuciło, że do dzisiaj mam guza. Na szczęście nasz gwałtowny wjazd spowodował, że ludzie rozbiegli się w popłochu i nikt nie zginął zmiażdżony, dosłownie, przelatującym przez podwórze wozem bojowym… Gdyby nie kupa świeżego betonu, który z głośnym cmoknięciem wessał w siebie żuka, zatrzymalibyśmy się najprawdopodobniej w płonącej stodole… Strażacy wyskoczyli z samochodu grzęznąc po kolana w betonie, ja za nimi. Próbowaliśmy wyciągnąć pompę, ale Zeno i Jano w szoku, złapali ją nieporadnie, i również wpadła w cementową breję: węże, złącza, wszystko kompletnie utytłane… Na placu panował żywcem kosmiczny chaos, ludzie biegali w różne strony nie wiadomo po co, kobiety krzyczały, dzieci płakały, ciotka Pelagia dostała spazmów – leżała odciągnięta na bezpieczną odległość, sąsiadki ratowały ją zimnymi okładami – przy jedynym dostępnym kranie, znajdującym się w sieni domu, stało chyba z piętnaście pustych wiaderek, podenerwowani chłopi, niecierpliwie wpatrywali się w leniwie cieknącą wodę, a kiedy jakieś wiadro było już prawie pełne, ktoś porywał je i biegł, ale nieraz potykał się albo ktoś inny niechcący wpadał na niego i cenna woda zamiast na ogień wlewała się bo butów… Niesamowite widowisko. Wiejska apokalipsa… | ||||